niedziela, 16 września 2012

Rosz ha-Szana

czyli Nowy Rok.
Jak się dowiedziałam od znajomych Izraelczyków 5 tys - któryś tam., a obchody polegają na jedzeniu jabłek z miodem. Brzmi fascynująco, prawda? ;)

krótki research pozwolił mi ustalić, że już za parę godzin (czyli o zachodzie słońca, kiedy zaczyna się nowy dzień) rozpocznie się 5773 rok! A następujące potem dni to Dni Grozy lub Dni Skruchy. Jak można się domyślić nie jest to radosne święto, a dzień który należy poświecić na studiowaniu Tory i żałowaniu popełnionych grzechów, ponieważ bóg rozliczy wszystkich z popełnionych uczynków. Popularne pozdrowienie tłumaczy się na "obyście byli zapisani na dobry rok".
Do obrzędów dochodzi jeszcze gra na trąbce/rogu baranim (Sad Ostateczny) i jedzenie głowy ryby, barana lub innego zwierzęcia (to ja chyba jednak wole jabłka ;) bierze sie prawdopodobnie z tego że Rosz ha-Szana znaczy dosłownie "głowa roku".

sobota, 1 września 2012

Wieczór w Jerozolimie

Ostatnia szansa na spotkanie w tym roku, więc w czwartek wieczorem pojechałam do Jerozolimy (miałam jechać na noc ale rozmowa z promotorka w piątek rano skutecznie to uniemożliwiła).
Najpierw idziemy coś zjeść. I pierwsze odkrycie tego wieczoru!
Restauracja Mahane Yehuda. A dokładniej filia mieszczącej się po drugiej stronie ulicy restauracji. Nazwa pochodzi od mieszczącego się tuż obok bazaru z którego też pochodzi większość składników. Menu codziennie inne i sezonowe. Otwarta kuchnia, a w główniej siedzibie nawet koncert na garnki! Ale może przejdźmy do jedzenia ;)
1. Karczoch z oliwą i parmezanem.
2. Tatar z ryby (niestety nie mam pojęcia z jakiej :/) ze śmietaną i i ziołowym sosem ;)
3. Tatar z wołowiny z sezamem, migdałami podawany na bakłażanie...
4. Polenta z sosem grzybowym. (nie, nie pieczarkowym, grzybowym!) z kozim serem podawanym na ciepło.
5. Kurczak który najmniej mi przypadł do gustu i o którym najmniej mogę powiedzieć. Ale na pewno był z bakłażanem ;)
6. "Awsome fish carpaccio" ;) czyli carpaccio z łososia z sorbetem limonkowo-rozmarynowym i sosem wasabi - awsome! :)

i jeszcze deser:
 baklawa "otwarta" -  czyli takie baklawowe nudle ;) plus orzechy plus lody chałwowe plus śmietana plus figa - niebo w gębie! :)
sernik w słoiku z kruszonka i polewą malinową
mus czekoladowy

na samo wspomnienie się uśmiecham :D

http://www.yourway.co.il/machneyuda_restaurant.html

Odkrycie numer dwa.
Bazar wieczorem! Zamienia się w hipsterskie zagłębie knajp! Można wypić najrozmaitsze piwa z całego świata. Dodatkowego smaczku dodaje wymieszanie starego z nowym. Bazar składa się ze starych pawilonów, chyba takich samych jakie są na Starym Mieście, których w dzień kompletnie nie widac bo są pozasłaniane towarami i reklamami - wieczorem wychylają nieśmiało spośród szyldów ;) a sprzedawcy po skończonym dniu pracy siedzą, jedzą, palą szisze tuż obok. Niektóre stragany jeszcze czynne można kupić napój z trawy (ponoć obrzydliwy ;), zdecydowanie lepszy sok z granatu, orzechy albo chałkę. Czasami przemknie też ktoś obładowany zakupami.

A spiesząc się na powrotny autobus założyłam bluzę! Po raz pierwszy od tygodni :)

sobota, 28 lipca 2012

Nowe smaki

Arbuz ze słonym serem, zwanym ,,bulgari'. Pycha!!!
Arbuz oczywiście mocno schłodzony. Świetna przekąska na upał :)
I jeszcze ciekawostka, izraelskie arbuzy nie mają pestek :) tylko kilka białych i delikatnych.

czwartek, 26 lipca 2012

Dahab

"Dahab (język arabskiدهب) (Zahab) – nadmorska miejscowość turystyczna na wybrzeżu Zatoki Akaba, na półwyspie Synaj w Egipcie. Administracyjnie należy do gubernatorstwa (muhafazaSynaj Południowy."
A dlaczego Dahab? Żeby się spotkać Pauliną mieszkającą obecnie w Aleksandrii :D akurat Dahab wypadł w miarę pośrodku. Relacje Pauliny możecie przeczytać tutaj.
W Dahabie było rewelacyjnie! Takie mini wakacje :) Lenistwo i morze. W ciągu dnia głównie snorklowałysmy i leżałyśmy na plaży popijąc beduinską herbatę. Oglądałyśmy rafę koralową, która niestet jest już w bardzo kiepskim stanie. Radzę się spieszyć z oglądaniem: http://www.nytimes.com/2012/07/14/opinion/a-world-without-coral-reefs.html?_r=3&ref=opinion
Spałysmy w hotelu Alf Leila, który wszystkim gorąco polecam. Jest prowadzony przez Mo i Kasię. Przemili i bardzo pomocni ludzie! Na piwo chodziłyśmy do couchseurferki Lily, która oprócz pracy w barze jest też instruktorką nurkowania. 
Jednym słowem wspaniały weekend, we wspaniałym towarzystwie i w wspaniałym miejscu :) 
Niestety niby jest blisko ale ze względu na granicę i trudności komunikacyjne, raczej nie może byc powtarzany zbyt często. W skrócie moja podróż wyglądała następująco: autobus do Eilatu, gdzie spędziłam noc, cześciowo na imprezie, zgubiłam telefon, wstałam prawie o świcie, znalazłam telefon, autobus do granicy. Na granicy po stronie izraelskiej obowiązkowa opłata wyjazdowa z Izraela. Po stronie egipskiej wielki balagan. Celnik wychodzi, celnik wchodzi, nikt mi nie chce dac papierka do wypełnienia, w końcu sie udaje! Potem krótka piłka, pieczątka, nawet na zdjecie nie spojrzał i jestem w Egipcie :D Jedyny autobus do Dahabu oczywiście już dawno odjechał, pan przy busikach mówi że nie ma już miejsca, ale mogę sobie samochód kupić... w końcu zatrzymuje prawie pusty busik który zgadza sie za 100 funtów zabrać mnie do Dahabu. Jeszcze tylko opłata za wjazd do Egiptu. Wrrr... o tym nie wiedziałam. Po drodze piękne i niesamowite widoki. Piekne góry a prawie wzdłuż całej drogi opuszczone hotele i kempingi. Tuż przed Dahabem kierowca busika mówi że do miasta nie wjeżdża bo jedzie dalej główną drogą. Wysiadam przy check-poincie i ruszam piechotą. Oczywiście zaraz zjawia sie taksówka i jak zrozumiałam za 5 funtów zabiera mnie na dworzec gdzie miałam się spotkac z Pauliną. Na miejscu okazuję się że kierowcy chodziło o 50. Po krótkiej kłótni uznaje że lepiej nie zadzierać z wściekłym beduinem siedząc w jego samochodzie. 
Z powrotem było łatwiej, oprócz tego że musiałam zostac jedną noc dłużej bo nie było autobusu który miał być wg strony w necie ;) jechałam z przemiłą Niemką, wiec było raźniej. Na granicy w Egipcie poszło w miarę szybko, Izraelczycy za to nas przetrzepali jak to mają w zwyczaju. Autobus do Eilatu i po 15 minutach na dworcu autobus do Beer Shevy. Tym razem mi sie udało :)
I prosto do labu ;) niestety niepotrzebnie sie wygadałam gdzie byłam, bo dowiedziałam się w niezbyt przyjemny sposób że tylko jakiś cud sprawił że nie zostałam porwana przez beduinów, Al-Kaide i nie wiem kogo jeszcze...

Alfabet izraelski

Pingwiny - tak świeccy Izraelczycy nazywają ultra-ortodoksów (inaczej Haredim) noszących białe podkolanówki, czarne chałaty i futrzane czapy.

http://en.wikipedia.org/wiki/File:Haredim_allant_a_la_synagogue.jpg

niedziela, 1 lipca 2012

Pogoda

Właśnie nastapił historyczny moment kiedy temperatura w Warszawie jest wyższa niż w Beer Shevie :)



Oczywiście to jest tylko prognoza, jaka w rzeczywistości jest temperatura nie mam pojęcia. Ale właśnie zachodzi słońce i robi się przyjemnie "chłodno".
Jak widac na załączonym obrazku pogoda jest bardzo stabilna ;) Jedyna zmiana jaką zauważyłam to wzrost temperatury o ok 1-2 st w porównaniu do tego co było 2 tygodnie temu.  I cały czas mam wrażenie że jednak jest cieplej, ale bez termometra trudno stwierdzić. Podobno raz było 44. W słońcu jest chyba koło 60...

piątek, 22 czerwca 2012

Euro w Beer Shevie

Tak, tak Euro 2012 dotarło nawet tutaj.
Odsłona pierwsza - podczas meczu Polska - Grecja rozmawiam z chłopakiem z ochrony na temat odblokowania mojego roweru. Pada standardowe pytanie: skąd jestem? Z Polski? I nie  oglądam meczu? Sprawdza wynik na komórce. Remis. "They are losers. Greece is a shitty team." Wzruszam ramionami i idę do siebie.
Odsłona druga - mecz Polska - Rosja. Chwila przerwy w pracy, idę do "budynku studenckiego" gdzie stoją magiczne maszyny z colą i chrupkami. O leci mecz. Kilka osób trochę ogląda, trochę się nudzi, trochę czyta gazetę/sprawdza komórki. Bramka dla rosjan, jeden słaby okrzyk radości. Wracam do pracy.
Odsłona trzecie - centrum handlowe. Tu Euro pojawia się za razem z samochodami marki Kia...